Krótki film o zabijaniu miłości

Podobno nie wszyscy ludzie śnią w kolorze. Ja natomiast mam sny w 7D HD.

Pamiętam jak dziś ten sen, dokładnie miesiąc po śmierci babci. Stałam w jej mieszkaniu, między kuchnią a łazienką, pod nieistniejącym zegarem z kukułką. To dziwne, bo kilka lat mieszkałam w tym miejscu, a nawet nie wiem, kiedy zegar zniknął. W każdym razie nad swoją głową we śnie czuję obecność zegara. Odmierza czas.

Kiedy otwierają się drzwi wszystko jest rozmazane i niepewne. Dopiero kiedy siedzimy przy stole, który był tam od zawsze, pod starym żyrandolem, który był tam od zawsze, na krzesłach, które chyba przyszły trochę później, razem z tak samo obitym pluszem łóżkiem. W każdym razie ja trzymam za rękę mężczyznę – nie wiem kim on jest, widzę tylko jego dłoń, z obrączką na palcu. Może to A., podróżujący wtedy gdzieś po bezdrożach Bułgarii, byliśmy wtedy razem. Głaszczę jego dłoń.

Ją natomiast widzę jak żywą. Uśmiecha się tylko i choć nie porusza ustami słyszę, jak mówi. Pyta. „Czy to na pewno jest odpowiedni mężczyzna dla ciebie?”. Ja nie umiem odpowiedzieć. Waham się. Czas mija. Ona rozumie: boję się powiedzieć „nie”, przyznać się do błędu. Widzę po jej twarzy, że i tak zna odpowiedź, nie oczekuje jej. Mam tyle pytań „dlaczego?”. Dotykam jej twarzy. Jak żywa. Dalej się uśmiecha, choć jej ciało zmienia się w balonik, z którego schodzi powietrze. Tak to wygląda. Zapada się na krześle, zostaje tylko skóra. Pusta skorupa. Nie ma przecież nic strasznego w starych, porzuconych łupinach.

***

Kilka lat później postanawiam się z nim rozstać.

***

Po jej śmierci dziadek zaczął tak samo zapadać się w sobie, jak piłka bez powietrza. Robił się coraz mniejszy i lżejszy, tonął w ubraniach, widać już było tylko oczy, głęboko osadzone, ciemne oczy, prawie czarne. Zaglądałam w nie czasem, choć już coraz rzadziej na mnie spoglądały, a jeśli już to nic w nich nie było – spoglądała na mnie otchłań. Czasem jakiś błysk, iskierka, przeskakiwała pomiędzy brwiami, przypominał sobie dawno zapomniane wydarzenia.

-Ja mam wnuki.
-Tak, masz wnuki.

I znowu zapadał się w sobie.

To chyba właśnie prawdziwa, najprawdziwsza miłość, bo dziadek zawsze wszystko robił „źle”. W żartach nazywaliśmy babcię generałem, bo zawsze wszystko musiało być idealnie po jej myśli. Fukała pod nosem, tym swoim charakterystycznym „o, o!”, a on odgryzał się, że już bierze odkurzacz, żeby grządki na działce poodkurzać. Pamiętam jak dziś scenę: siedzimy w kuchni, jemy z dziadkiem babciną zupę. Niedawno przyniosłam im czajnik elektryczny, bo ten zwykły, na kuchenkę, był już mocno wysłużony i było prawie jak w wierszu Świetlickiego – woda gotowała się całą wieczność. I babcia opowiada:

-Wziął i nalał wody, idzie z tym czajnikiem no i jak się nie potknie i nie poleci jak długi! Zatrzymał się dopiero o tu, na ścianie. Myślałam, że już po nim!
-Po kim? – pytam. -Po dziadku czy po czajniku?
-Po czajniku! O nim to wcale nie myślałam.

Patrzyłam na nich i wiedziałam, że pomimo tego przekomarzania jedno nie potrafi żyć bez drugiego i że to właśnie jest miłość, bo jeśli nie to – to nie wiem, co nią jest.

Kiedy umierała na swojej kanapie drżącymi rękami próbował złapać jej ulatującą duszę. Wiedział, że ona jest jego powietrzem.

Kiedy jeszcze mógł chodził na spacery na cmentarz. Z czasem trudność zaczęły sprawiać spacery koło bloku. Snuł się po domu, nie wiedząc nawet, gdzie jest. Zatrzymał się przy zdjęciu babci.

-A ta pani to kto to jest?
-Twoja żona.
-To ja miałem żonę?

Flaczki

Wczoraj coś mnie podkusiło, żeby po pracy zamiast w lewo pójść w prawo do bankomatu. W portfelu ciężko zarobiona dniówka, jednak lepiej mieć drobne, bo głupio tak płacić za dwie bułki w sklepie stuzłotówką. Późno, na ulicy prawie nikogo, tylko grupka ludzi akurat na trasie do banku. Już chciałam zawrócić, gdy grupa niespodziewanie się rozdzieliła, tym samym nieco mnie dezorientując. Poszłam prosto na nich. Para, ona i on, trzymają się za ręce.

-Przepraszam Panią bardzo, czy ja mógłbym mieć uprzejmą prośbę?

Oho, pomyślałam. Chce pieniądze.

-Czy byłaby Pani tak uprzejma i kupiła nam coś do jedzenia? Mieszkamy na działce, mamy tam taki piecyk, takie flaczki w słoiku może, odgrzalibyśmy sobie, chleb i masło mamy, może coś do chleba, mleko jeszcze jak moglibyśmy prosić…

Nigdy nie daję pieniędzy ludziom proszącym na ulicy. Nigdy.

-Tu jest Żabka. Dobrze, kupię. Tylko nie wiem ile mam pieniędzy.

Mężczyzna wszedł za mną do sklepu. Nie czułam od niego alkoholu. Był zdezorientowany.

-Widzi Pani gdzieś wędlinę? Taką najtańszą byśmy chcieli… mleko sobie wezmę, dobrze? A takie słoiki, widzi Pani flaczki?

Podałam mu słoik flaczków. Tak, byłam trochę nieuprzejma. Bałam się. Sama w nocy, z pieniędzmi. Niby nie dużo, ale dla mnie dwieście złotych to jedzenie na cały miesiąc. Tak, jestem naiwna. Spotykałam takich, co to dasz im palec, a wezmą całą rękę. Albo będą narzekać, że najtańszej szynki to oni jeść nie będą, nawet jeśli umierają z głodu. Nieśmiało dał mi koszyk z zakupami i powiedział, że poczeka na zewnątrz.

-Co, pomagasz? – tyle razy wyskakiwałam z pracy na zakupy do tego sklepu, że zdążyłam zaprzyjaźnić się z kasjerką.

-Trzeba… może kiedyś mi się to zwróci.

Choć tak naprawdę nie robię tego „dla czegoś”. Robię to bezinteresownie. Może to źle, może powinnam czegoś w zamian wymagać. Daję się tylko wykorzystywać w imię wyższej idei, że karma wraca. Skoro jeszcze do mnie to dobro nie dotarło to musi być naprawdę olbrzymie i iść bardzo powoli. Może nigdy nie zdąży dojść. Trudno.

Bałam się, że już ich nie spotkam pod sklepem. Że sobie ze mnie zakpili, a ja zostanę z mlekiem i flaczkami. Czekają jednak w kącie. Widzę na twarzy kobiety absolutną wdzięczność. Taką radość, jakiej już większość ludzi nie posiada. Radość autentyczną z najprostszych rzeczy. Mężczyzna wylewnie mi dziękuję. Chwilę rozmawiamy. Chce mi się płakać.

I tak myślę, że przecież każdy może znaleźć się w takiej sytuacji. I że bogactwem nie jest to co posiadamy – ja podzieliłam się z nimi tak naprawdę jedzeniem dla mnie na kilka dni. To jest prawdziwe bogactwo, kiedy możesz komuś pomóc i wciąż nie martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy. Nie najnowszy ajfon, który za jakiś czas będzie gówno wart. Ostatnio sprzedałam starego laptopa – byłam zmuszona, bo ze starości rozpadał się w rękach, choć ciągle był sprawny technicznie. Kilka lat temu kupiłam go za duże pieniądze – jakieś 1600 zł. W tamtym czasie to był drogi i dobry sprzęt. Siedem lat później dostałam za niego 70 zł. Siedemdziesiąt złotych za działający, ale stary sprzęt.

Tyle jesteśmy warci ile możemy od siebie dać. Nie tylko pieniędzy, bo ta dwójka ludzi dała mi smutną i piękną lekcję. Mam nadzieję, że kiedyś dostaną od życia coś więcej niż słoik flaczków.

W oczekiwaniu na niebieski mrok

Owoców było dużo. Wiele więcej niż miało być. Spojrzała na karton wypełniony jabłkami i w wyobraźni spróbowała zmieścić go w rowerowym koszyku. Wzięła do ręki jedno z nich, twarde i pachnące.

-Proszę – w ręku trzymała niewielkiego pomidora. – Mam nadzieję, że lubisz. Nie podam ci jabłka… chyba wiesz dlaczego – zaśmiała się.

Z trudem podniosła pakunek. Karton z jednej strony był wycięty, musiała stworzyć zaporę, by wszystko nie rozsypało się po drodze. Kawałki tektury nasączone sokiem z przejrzałych śliwek ledwo się trzymały. Na szczęście wszystko idealnie pasowało do rowerowego koszyka, który kiedyś był koszykiem sklepowym – pamiętała takie ze swojego dzieciństwa, z metalową rączką i kawałkiem czerwonego plastiku. Teraz pozbawiony uchwytu spełniał inną rolę.

Otaczały ich jabłka. Leżeli na starym zatęchłym dywaniku. Nie znalazła nawet koca, a krzesła rozpadały się w rękach. W większości przejrzałe i nadgniłe owoce wydzielały mdlący zapach.

Zastanawiała się jakim cudem dojedzie do domu. Z trudem utrzymywała przeciążony rower. Musiała go jeszcze podnieść i obrócić, bo wokół wąskiej ścieżki rozkładały się wielkie liście kapusty, które w znacznym stopniu uniemożliwiały manewrowanie.

Na twarzy delikatnie kładły się promienie słońca prześwitujące przez korony drzew. Był całkiem przystojny. Chyba miał ciemne oczy. Przenikliwe. Stał i patrzył na nią paląc powoli papierosa. Próbowała się uśmiechnąć, choć jego spojrzenie powodowało, że miała ochotę uciekać.

Jakoś udało się jej złapać równowagę. Owoce podskakiwały i uderzały o siebie miękko na wyboistej ścieżce. Wiatr rozwiewał włosy i wyciskał z oczu łzy. Bała się, że jeśli obróci głowę w lewo lub prawo rower przechyli się i runie. Wjechała na przejście dla pieszych.

Spod roweru wyleciała samotna pszczoła. Skrzydła błysnęły na moment w słońcu. Oszołomiona powietrzem i zapachem przysiadła na żółtej śliwce, z której wyciekała kropelka soku.


Wszystko jest poezją

Przez bramę drzew przeszłam do innego świata
gdzie trawa była zielona niebo niebieskie a flaga biało-czerwona
proste banalne infantylne kolory jak z palety dziecięcych kredek
Szare blokowisko czarno-biała rzeczywistość
spojrzałam na nią z dezaprobatą dorosłej kobiety

Po chwili zrozumiałam że to mój świat


 

Namagnesowana igła wskazuje biegun pomylonemu sercu
mnie tylko wskazała wertykalny ruch upadającej kropli krwi
wyssałam bezsenność z maleńkiej ranki na palcu
wszak nikt nigdy nie widział księcia
Szyłam powoli grubymi nićmi
uważając aby być bezszwowa
bezpartyjna bezrozumna bez
Szyłam na okrętkę wzdłuż i na opak
Zaszyłam się


 

Stare kobiety wysiadują
cały dzień na ławce pod blokiem
pomagają wykluć się plotkom
chronią je pod swoim skrzydłem
jednym – bo drugim wskazują tę spod jedynki
dziwną, która nigdy nie mówi „dzień dobry”
i nosi radzieckie trampki
bo czerwone, z gwiazdą.
Gwiazda spadła, nie rysuję nowej
na śmietniku dość ich, zniszczonych
odbijających jedynie światło flesza.
Flaszki też się zdarzają, a jakże
plastikowe butelki i kobiety
w których wysyłam
nienapisane listy


 

To tylko zwykła suka. Nie mogę powiedzieć, że jak każda jedna – bo jednak inna. Ale suka. A tobie na jej widok wszystko się podnosi. Każdy włos się jeży i cieszy. No i na co ci to. Obniucha i zostawi. O, patrz, jak ucieka ci sprzed nosa, aż się za nią kurzy. Biegnie potulna do swojego pana. Ona też kogoś ma, a ty… Może i niezbyt piękna, ale jednak kobieta prawdziwa, a ty dla jakiejś suki pierwszej lepszej byś mnie zostawił. I nadal z wywieszonym jęzorem, ze zwierzęcym spojrzeniem oglądasz się, wciąż z nadzieją.

I na co ci to, psie. Nie merdaj tak ogonem.


Krótka historia

Odarli mnie do żywego bruku
który pulsuje ciepłym oddechem wspomnień
wydeptanym krokiem stukotem kopyt
serdecznym pozdrowieniem: Auf wiedersehen!
które nigdy miało się nie spełnić
krwią dużych chłopców bawiących się w wojnę
i tych mniejszych – zranionych przypadkiem
ostrym odłamkiem twardych słów
z pasją zrywanych ze ściany
przykryli na wieki szeleszczącą mową
zagłuszając niegdysiejsze zapomniane szepty

Nie ukryjesz przeszłości pod najgrubszą nawet warstwą
– ptakiem powróci


 

Niedokończony wiersz

Najwyraźniej pocięto mi skrzydła
macham resztką wiecznego pióra
kilka czarnych kropel krwi
spada na prześcieradło kartki
które stanie się moim ostatnim posłaniem
niedokonanym czasem dzielonym w pół słowem
broczącym wdzięcznymi głoskami sekund…


 

Ona ma siłę

Każdego dnia coraz mocniej zaciskam zęby
twarz nabiera kamiennej powagi i dostojeństwa
odpowiednio do wieku i wykształcenia.
Zastygłą twarz najlepiej malować miękką kredką
oczy szeroko zamknięte podkreślić niezdecydowaną kreską
konturówką namalować martwy uśmiech
wypełnić go żywą czerwienią szminki

wieczorem przy szczelnie zasłoniętych oknach
zmyję z twarzy maskę
ja, kobieta bez twarzy


 

Tam dom Twój, gdzie serce Twoje

powoli zamieszkuję twoje dwupokojowe serce
dobrze znam komorę windy zastawkę drzwi aortę korytarza
kawałek po kawałku przenikam do krwiobiegu
palec jeden drugi dziesiąty – dłoń – zaciśnięta na herbacie
zaspana stopa leniwie wyglądająca z pościeli
uśmiech obok szczoteczki do zębów
skóra niedbale rzucona na poręcz krzesła…


 

Erotyk

Skulona w ciepłych macicach dłoni
otulona wodami twojej śliny i potu
okryta jedynie wstydem i pożądaniem
kiedy leżę obok naga i bezbronna
Kobieta z przeszłością i bez przyszłości
urodziłam się na nowo,
reinkarnacja w swoje własne ciało
z niewymazaną pamięcią – coś poszło nie tak


 

Zimowe impresje

jak uchwycić chłód uśpionego lasu
zanucić melodię
wygrywającego na zmrożonych igłach sosen wiatru

pokornie zamykam oczy
czekając na lodowaty pocałunek nieba

don’t eat the yellow snow myślę
ale mój dar nieba jest biały
czysty

***
Jest zimno jak najzimniej
nasze przyspieszone oddechy
zamarzają w rytm uderzeń serca
okryci jedynie spojrzeniami
odrywamy od siebie przymarznięte wargi
miłością skrzeszemy iskrę
która zapali świat


 

Etiuda na sześć łap

Wtulona w sierść przyjaciela
mniejsza od pchły
(bo czymże innym jest człowiek)
oddycham w rytmie jego psiego zapachu
„śmierdzisz mokrym psem”
śmieję się tylko ja
nie rozumie Pianisty nie lubi Szpilmana?
kłębek łat i łap rozwija się i czmycha
psi los chce tylko spać w spokoju
a nie gdy mu ktoś po sierści skacze

strąca mnie nieuważnym drgnieniem ucha


 

Kobiecość

Kto ty jesteś?
Panną Nikt zagubioną gdzieś w przestrzeni między wersami
pomiędzy jednym pikselem a drugim błyskiem flesza
skrzywdzoną Miną kochanką czułą
śmietanką w Twojej kawie łzą na policzku
kruchym marzeniem rozbitym jednym nieświadomym słowem
kurzem na drodze polnej rosą na źdźble trawy
dziwnym słowem: warząchew
smakiem jabłek alkoholu szorstką sierścią wiatrem w borze
wierszem źle napisanym drżącą ręką

Kim ty będziesz?
Żoną matką damą kucharką dziwką
z systematycznie wybijanymi
ciężką pięścią słów marzeniami z głowy
przygnieciona ciężarem dnia codziennego
dzieckiem zakupami praniem sprzątaniem gotowaniem

Cóż jestem tylko kobietą aż kobietą


 

Jesień

Klucz przecina zamkiem błyskawicznym nieboskłon
niewidzialna muzyka skrzydeł i sfer niebieskich
Nad kubkiem czarnej jak smoła kawy
rozgrzewamy zmarznięte skrzydła
w Mac Donaldzie
Upadek bolesny
z kości rzuconych połamanych nie wywróżyliśmy przyszłości
Nasz rubikon przepływa za plecami przystanku
oszałamia feerią strugą świateł
Czas pełznie w błękicie naszych oczu
minuty mijają nas
robaczki świętojańskie babie lato na rzęsach
zamyka delikatnie oczy września

Powieść nie skończona

Wraca powoli z objęć brata śmierci do życia. Niczym karty odsłaniane z pietyzmem przez gracza pewnego swojej wygranej odkrywa się pierw jedno morze, a zaraz za nim drugie, zielononiebieska toń, rozjaśniona nagle – jak błyskawicą – przerażeniem. Nie ma nieba! Przez prostokąt okna zasłoniętego rąbkiem tkaniny w pomarańczowe kwiaty udającym zasłonkę widać jedynie wszechogarniającą szarość, pustkę, bezsens egzystencji, który pochłonął świat, przenika przez cienką szybę złudzeń, by wchłonąć w swą szarą dziurę wielki błękit jej oczu. Niesłyszalny szelest skrzydeł – anielskich? – ptak, jeden, drugi, kolejny – mewy – szary, przecinający swą szarością, ostrzem dzioba i miękkością piór bezlitosnego zjadacza rzeczywistości. Zbawienie. Kolejny dzień ma jednak rację bytu. Można opuścić bose stopy, by poczuć szorstkość wykładziny, chłód podłogi, delikatność zielonych kapci z kotem w zielone kwiaty. Kocie! Dziki tyranie! Powiedz: krwawe twe gardło, co na obiad dziś żarło? Kot jednak milczy, wpatrując się z poziomu podłogi zawsze w górę swoimi niebieskimi oczyma. Koty nie mają niebieskich oczu. Koty nie mają futra w zielone kwiaty. Jesteś kłamstwem kocie. Jesteś złudzeniem, wyobraźnią, imaginacją, nie istniejesz, nigdy nie upolujesz żadnej myszy, nie będziesz kotem na bardzo obrażonych łapach, bo do łóżka twego pana weszła jakaś kobieta i dla ciebie nie ma już miejsca! Lecz nie roń łez Mruczysławie, Behemocie, Filemonie – kobieta przejdzie przez łóżko jak wszystkie przed nią i po niej i znów będziecie razem i tylko dla siebie. Bo kobiety przychodzą i odchodzą, pojawiają się i znikają, piorą, gotują, kochają, krzyczą, rzucają czym popadnie, odchodzą. I tylko kot pozostaje na swych obrażonych łapach i pies o smutnym spojrzeniu niewidzących ze starości oczu. I ogień zawsze wesoło trzaskający w kominku – dlaczego on zawsze jest taki radosny? – i kawa o poranku, i widok za oknem. A za oknem śnieg. I wrony na śniegu. I monotonia upływających sekund. I środek dnia zawsze o tej samej godzinie. I znów dwunasta, pięć po, trzeba wstać, trzeba coś robić, nie, nie wolno marnować dni, pozostało ich tak niewiele! Krótkie dni, krótkie noce, krótkie lata… Przed snem dobrze zjeść jabłko. Zjedzmy więc jabłko zatrute rutyną dnia codziennego i zaśnijmy snem wiecznym, oczekując zbawienia, które nadejdzie lub nie nadejdzie, wraz z pięknym obliczem księcia lub wpół rozkładającym się ciałem półnagiej kobiety, w 2012 lub 2099, a może nawet jutro, dzisiaj, za chwilę! Umyjmy ręce i jabłko, przekrójmy na pół wycinając serce owocu, wszak we wszystko trzeba wkładać serce. Czekamy na krew, na kroplę soku, która się nie pojawia; jest możliwe, że z nas tu zakpiono. Zaokrąglona końcówka wchodzi gładko w miąższ, ostrze jednak nieposłuszne rozkazom dłoni, niepewnej i drżącej osuwa się nagle, o! Ostrze, co żeś robisz? Uderza o dłoń drżąc z niecierpliwości, oczekując na komunię bohaterów, na prawdziwą krew, która i tym razem się nie pojawia, pozostając w sferze marzeń, pobożnych życzeń i horrorów średniej klasy. Nie można mieć wszystkiego. Serce z lodu zmroziło krew w żyłach.

I czuje, że nadszedł ten czas, kiedy trzeba wsiąść to tramwaju byle jakiego i pojechać na koniec świata. Wsiąść do tramwaju-widmo, oznaczonego numerem „Proszę nie wsiadać”, „Awaria”, czy też „Pojazd służbowy”, „Próba techniczna”. I samotność to jest wtedy, jak każdy tramwaj jest dobry, bo gdzie nie pojedziesz to samo Cię czeka. Tramwaje bez trasy, bez celu, znów się spóźnił, wsiądźmy więc! Zmrużone oczy, zmarszczony nos, kobieta-pasażerka zmienia się w czarownicę, jej oburzenie sięga zenitu, wybucha potokiem słów: „Czuje Pan, jak śmierdzi? T u s i ę c o ś P A L I! – lawina słów osiągająca klauzualne apogeum. Wszyscy pasażerowie, jak obudzeni ze stuletniego snu, przemieniają się w strzygi, upiory, nagle uruchomione receptory nosowe łączą się w bólu z czarownicą; powstają ze swych miejsc, mechanicznie, zaciśnięte pięści wznoszą się w górę i w ekstatycznym uniesieniu podnosi się w górę głos: „Śmierdzi! Pali się!”. Dźwięk dzwonka, dryń, dryń i tramwaj rusza z miejsca, zawstydzenie, konsternacja, że jak to, tak po prostu? Czerwone już tylko z nazwy siedzenia, jakby nigdy nic się nie stało. Tramwaj rusza w swą ostatnią podróż na koniec świata, przecinając bezlitosny mrok pochłaniający świat. A świat nie ma początku ani końca, jest okrągły i gdy w pogoni za swoim dniem dobiegniemy do kresu okaże się, że wróciliśmy do punktu wyjścia, w którym nie ma już nas, bo w pogoni za cieniem utraciliśmy to, co najcenniejsze, nasz największy, najpotężniejszy, najmniejszy i najbardziej kruchy skarb, który – być może – jest tylko iluzją, halucynacją, złudzeniem, gdyż nie ma racjonalnych dowodów na jego istnienie. A serce z lodu nie pomoże nam udowodnić istnienia empirycznie… Serce z lodu nie da nam ciepła, nie da nam drobiazgów składających się na całość skarbu. Serce z lodu nie pozwoli uwierzyć w miłość. Serce z lodu nie chce nawet słuchać, że w miłość nie trzeba wierzyć – bo ona po prostu jest, w sierści łaszącego się psa, w mruczeniu kota, w ogniu trzaskającym w kominku, w kubku z poranną kawą, w resztce cukru wygrzebywanej z dna słoika, w niebieskich oczach, pocałunku na do widzenia. Dziewczyna w objęciach chłopaka: „Przecież ja cię, kurwa, kocham. Czy ty tego, kurwa, nie widzisz?”. Ale serce z lodu nie chce słyszeć takich rzeczy! Zasklepia się w swej lodowej skorupie, odrzucając każdą ciepłą dłoń, pomocną dłoń, która niczym lodołamacz wyrwie serce z lodowych objęć, przywracając je dla życia.

I pytanie: „Co to jest miłość?”. Pytanie burzące cały porządek wszechświata, miłość? Wujek Google wie wszystko, jeśli czegoś nie ma w internecie to nie istnieje, miłość przecież nie istnieje? Przez niektórych ludzi bywa uważana za sens życia ludzkiego – czyniąca je prawdziwym i w pełni szczęśliwym. Dlaczego płacze, łzy zamarzające na arktycznym powietrzu, spadające z cichym łoskotem na dno serca – i wtedy obiecała sobie, że już nigdy nie będzie płakać. Płacz maleńka, płacz, łzy oczyszczają, niech spadną na dno serca i roztopią lód, niech z oczu wypłynie lodowy kryształ, niech stanie się miłość!

W uszach słyszy rytm melodii serca: na-ci-śnij-e-dy-tuj-i-na-pisz-tam-na-ko-ńcu-prze-cież-wszy-scy-wie-dzą-że-mi-łość-nie-i-stnie-je. Dobrze się widzi przecież wszakże tylko sercem. Należy słuchać serca? Serca, które po kolejnej kawie wali jak oszalałe, jak ptak bijący skrzydłami o ściany klatki próbując wydostać się na zewnątrz.

Notatka na marginesie

Bezsenne noce, niespokojne sny

Śniło jej się, że została skazana na karę śmierci. Wiedziała, że jest niewinna i wszyscy inni również doskonale o tym wiedzieli, ale wyrok został wydany. Z bijącym sercem, umierając z przerażenia na widok radiowozu, uciekała przed wymiarem niesprawiedliwości, prosto do swojego rodzinnego domu. Śniła jej się matka, która wyszła z kuchni w fartuchu, pokazując pocięte po wewnętrznej stronie dłonie: zobacz, kroiłam w kuchni i się zacięłam! Śniło jej się, że kochała się z mężczyzną w swoim dziecięcym pokoju w czasie miesiączki. Na prześcieradle widniały smugi rozmazanej krwi. Spodnie od piżamy, te w różowe serduszka, były ciężkie od ciemnej czerwieni. Zmywała ją z siebie prysznicem, stojąc po kolana w wannie wypełnionej brudną i zimną wodą.

Kiedy miała wino, piła wino, żeby zapaść w ciężki i niespokojny sen, bez wspomnień, choć czuła się zmęczona i wiedziała, że w nocy i tak zmagała się ze swoimi demonami. Kiedy skończyło się wino musiała stawić im czoła, spojrzeć prosto w ich oczy, w sam środek swojej własnej duszy.

Kiedy obudziła się znów w nocy przerażona, drżącymi dłońmi zaczęła szukać w ciemnościach drugiego ciała. Objęła go w pasie szukając jego rąk. Przez sen chwycił ją mocno i przyciągnął do siebie, wyciągając z koszmaru.

Była już bezpieczna. Zasnęła spokojnie.

Notatka na marginesie

Sweet dreams

G. lubi czasem zasnąć w moim łóżku. Robiła tak, kiedy mieszkałyśmy w T., robi tak i tutaj. Teraz w ogóle jest ful wypas, dwa łóżka, tam było tylko jedno i mikro kanapa z samej gąbki, która służyła w sytuacjach kryzysowych i na której nie dało się siedzieć. Siadał na niej tylko on, bo kiedy był obok mnie, zawsze kończyło się w łóżku. Choć twierdził, że to nic nie znaczy. No więc G. wracała z pracy, wpakowywała mi się do łóżka, w którym spędzałam cały dzień, nie mając zupełnie nic innego do roboty, bo na tym etapie życia rozmyślałam wyłącznie nad sensem istnienia, by pierwszy raz w życiu znaleźć odpowiedź na pytanie. Zmarnowane godziny, by zrozumieć, że Bóg po raz kolejny sobie ze mnie zakpił.

Zasypiała. Jej czerwone włosy mieszały się z moimi jasnymi, rozsypując się na miękkich poduszkach. Czytałam książkę lub przeglądałam zawartość internetu, a ona spała.

-Kocham cię, ale wypierdalaj – budzę ją subtelnie szturchając nogą. -Też bym w końcu poszła spać.

Czasem kiedy było naprawdę źle, a my obydwie najebane, brałam pościel i szurając kołdrą po ziemi szłam do jej pokoju, bo miała większe łóżko. Pamiętam jak je wnosiłam, dziękując Bogu, że to parter. Od samochodu do mieszkania robiliśmy ze trzy przystanki – nie miałam siły. Tymczasem on podnosił mnie jakbym była piórkiem i rzucał na łóżko. Wszystko przechodzi z rąk do rąk, ludzie są po to, żeby ich używać. Ktoś inny śpi teraz pod nim, ktoś inny śpi na tym łóżku.

Życzę mu dobrych snów.