„I miss you when you’re gone”

Urodził się na Podlasiu we wsi Chojane-Stankowięta. Już z samą nazwą wsi wiąże się historia – pierwsza część pochodzi od szlacheckiego nazwiska, druga od imienia. Zaczęło się od tego, że do dwóch braci przyłączył się trzeci mężczyzna, który był sierotą. Każdy z nich założył wieś Chojane – i każdy dodał do niej jako drugi człon swoje imię, by nie było pomyłek.

-Gdy poszedłem do szkoły nie zdałem z pierwszej klasy do następnej. W trzeciej zaczęła się już wojna. Szkoła była w domach prywatnych – ile było dzieci w danym domu, tyle tygodni nauki, potem przenoszono się do następnego gospodarstwa. Nauczyciel miał skończone jedynie siedem klas – taki był wtedy wymóg. Ja ukończyłem tylko trzy, choć mam napisane w świadectwie, że siedem. Byliśmy pod zaborem rosyjskim. Pamiętam, jak do naszej wsi przyszli Niemcy. Mało brakowało, a znalazłbym się na Syberii… – zamyślonym wzrokiem spogląda w przestrzeń. Nagle zaczyna się śmiać do swoich wspomnień.

-Do szkoły miałem dwa kilometry w błocie po kolana. Zdejmowałem buty i szedłem boso przez to błoto, a potem je zakładałem. Buty były na drewnianych podeszwach, cholewki dorabiało się ze starych butów. Latem wszyscy na wsi chodzili boso. Buty pastowało się sadzą z garnków. Ubrania robiło się samemu, łącznie z przędzeniem lnu na płótno. Prało się je na tarze, albo w rzece, czy stawie tak zwaną „kijanką”. Nie było proszku, zamiast tego gotowano popiół – czyli ług. Kąpiel była raz w roku. Myło się w deszczu, jak było ciepło, ewentualnie w balii wyciosanej z drewna. Nikt wtedy nie myślał o łazience. Po szkole chłopcy paśli krowy, a dziewczynki pieliły grządki z warzywami. Mieliśmy też swoje zabawy – szmaciane piłki, kije, kamienie. We wsi były dwa rowery – jeśli ktoś miał rower był bardzo bogaty. Ja miałem swój pierwszy dopiero po wyjściu z wojska, w 1954 roku. W kuchni w piecach paliło się tylko drewnem, związanymi gałązkami, czyli po naszemu „wiązkami”. Na płycie kuchennej, zwanej blatem odświeżało się stary chleb i piekło placki. Czasem w domu było tak zimno, że w wiadrze zamarzała woda. Żeby ogrzać łóżko wkładało się butelki z gorącą wodą. Zimy były bardzo mroźne, zawsze było dużo śniegu. Nie miałem butów, biegałem więc boso po tym śniegu.

Z wojny wspomina tylko przyjście kilku Niemców, okupację rosyjską i możliwość zesłania na Syberię. Zawierucha wojenna nie dotknęła zbyt mocno małej wsi. Jednak wojna się skończyła – i chyba dopiero wtedy przyszło najwięcej nieszczęść.

-Miałem 18 lat, kiedy wysłano mnie do pracy przy odgruzowywaniu Warszawy. Była to chyba praca przymusowa, jak każda w tamtym czasie. Później otrzymałem wezwanie do wojska, ponieważ byłem synem kułaka – mój ojciec miał dużo ziemi, był w Ameryce na zarobku. Wysłano mnie do kopalni w Katowicach. Były lata 50. 613 metrów pod ziemią. W kopalni panowały okropne warunki – woda do kolan, niesamowite ciepło, chodziło się przez to prawie całkiem nago. Przez pracę nabawiłem się reumatyzmu i przez dwa miesiące leżałem w szpitalu. Żołnierzom przydzielano najtrudniejsze zadania. Ubrania dostawaliśmy nowe, później zostawały z nich tylko strzępy; buty dostałem chyba tylko raz. Każdy miał swoją lampę. „Wągiel”, jak mówili ślązacy, „ciapało się” i wywoziło na zewnątrz usypując w hałdy. Jeździł tam nawet pociąg – ze specjalnymi wózkami z ławkami, na których się siedziało. Nie można było stać, żeby nie zerwać linii trakcyjnych – była to kolejka elektryczna. Badaniem poziomu gazu zajmował się starszy człowiek, który chodził z lampką benzynową. Podnosił ją do góry i kiedy płomień wydłużał się – oznaczało to, że stężenie gazu jest za wysokie i że istnieje niebezpieczeństwo. Byłem w brygadzie przygotowawczej – pracowaliśmy tylko w nocy, przygotowywaliśmy miejsce pracy dla porannej zmiany. Kiedy wychodziłem z pracy zakładałem mundur i byłem żołnierzem.

Przez chwilę rozmyśla. Opowiada o gwarze śląskiej, jak nazywały się poszczególne narzędzia pracy górnika.

-Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy się jakoś dogadać. Mieliśmy takie powiedzenie w pracy, powiedzenie klasy robotniczej: „Socjalizmu się nie lękaj, mało pracy, dużo stękaj”.

Gubi się we wspomnieniach. Od tych wydarzeń minęło już niemal 60 lat.

-Wyszedłem z wojska w 1954 roku. Wróciłem do rodzinnej miejscowości, do brata i bratowej, jednak nie było tam dla mnie pracy. Przyjechałem więc do Gdańska. Pracowałem w porcie, przy ładunku towarów. W zarządzie Portu Gdańsk spędziłem 30 lat. Potem sezonowo jako palacz w kotłowni, żeby wypracować lata do emerytury.

Uśmiecha się do wspomnień o czasach, kiedy niczego nie można było kupić w sklepach.

-Bardzo lubiłem stać w kolejkach. Bawiło mnie to.

Próbuje przypomnieć sobie coś jeszcze ze swojej historii, pamięć jednak już nie ta, co kiedyś.

-Należałem do związku zawodowego marynarzy, do Solidarności, do dziś jestem górnikiem. Tylko do partii nie zdążyłem wstąpić – żałuję…

Śmieje się. W tym momencie włącza się babcia patrząc z ukosa na dziadka: do partii! Też mi wymyślił. Przecież to nic dobrego nie było!

-Zastanawiam się, dlaczego jeszcze żyję… – Dziadka łapie refleksja. – Może to w nagrodę za biedę jaką wycierpiałem?

Notatka na marginesie

Psie lata

Na tym zdjęciu mam 16 lat. Jest wrzesień, właśnie skończyłam swoje ostatnie prawdziwe wakacje. Od przyszłego roku każde będę spędzać w pracy. Za całą wypłatę, 1100 zł, kupię aparat. Kilka lat później stać mnie na lepszy obiektyw, robię więc zdjęcia psu, żeby nauczyć się jego obsługi. Pies patrzy na mnie z politowaniem, kiedy ciągle wołam go, żeby się odwrócił – nie lubił zdjęć, nie chciał odwracać pyska.

Jest rok 2005, zaczynam liceum, przygarniam psią znajdę, która ktoś znalazł w piaskownicy i litościwie przyniósł do lecznicy. Weterynarz dzwonił na numer stacjonarny, wtedy jeszcze mało kto miał komórkę, odebrała mama i dowiedziała się, że w domu pojawi się nowy członek rodziny. Niosłam trzęsącą się, zapchloną kulkę przez całe miasto, szczęśliwa jak nigdy w życiu. Tata zrobił nam zdjęcie kodakiem na kliszę. Z czasem zdjęciami zapełnimy cały album: jak mały wchodził na półkę, jak opadało mu raz jedno, raz drugie ucho, jak na moich osiemnastych urodzinach siedział z nami przy stole, jak gryzł ogromną kość albo wchodził mojej mamie na głowę.

Na zdjęciu mam białe od słońca włosy. Z czasem jego pysk bielał, choć jeszcze nie był taki stary. Patrzyłam w jego mądre oczy i wiedziałam, że chce mi coś powiedzieć, gdyby tylko mógł to powiedziałby mi, jak bardzo cierpi. Nie mogłam mu pomóc.

Dziś światowy dzień zwierząt. Wczoraj odszedł mój przyjaciel. Był najmądrzejszym psem na świecie. Mam nadzieję, że szczęśliwie spędził swoje pieskie lata.

28

Mężczyzna w sklepie z jeansami na przeciwko wyglądał zupełnie jak ty. Przez chwilę spoglądałam na niemy teatr, który odgrywał się po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna trzymał w rękach spodnie i coś mówił do jednej z kobiet – jedna stała obok niego, druga na przeciwko. Twarz mężczyzny zakryta była przed odblask świateł odbijających się w sklepowej wystawie. Sądząc jednak po twarzy kobiety nie mogłeś to być ty – wyglądała na starszą. Kiedy wróciłam po chwili nikogo już nie było, zupełnie jakby aktorzy nieświadomi swojego istnienia, a właściwie istniejący tylko na ten jeden moment rozpłynęli się w nicości. Spoglądałam obojętnie na ciebie, na nich, na pustą witrynę. Jak na zdjęcie, które przestało już dawno być aktualne.

Umarłeś w moich snach tyle razy, że niedługo zacznę wierzyć w to, że zgodnie ze swoją wolą będziesz żył wiecznie. Śmierć jest czasem wybawieniem, bo wiesz przynajmniej na czym stoisz – jeśli ktoś odchodzi wciąż masz nadzieję, że wróci; kiedy umiera wiesz, że nie wróci już nigdy, choć w pewien sposób zawsze będzie obok ciebie. Ot, paradoks. Wolałabym, żebyś umarł, żebym mogła przestać myśleć, ale nie, nawet w moim śnie ratuję ci życie narażając własne.

Wtedy biło serce, a my się kłóciliśmy, teraz znów bije moje serce, a oni się kłócą, sceny z życia małżeńskiego, codziennie o 23:00, tylko na kanale „cienkie ściany nowego bloku”. Wtedy i tam była taka godzina, kiedy stara kamienica zasypiała, pod oknami robiło się cicho. Uczniowie odrabiali lekcje, a turyści wolno spijali piwo, odpoczywając po zimnych i wilgotnych spacerach. Dzwony kościołów wybijały swoje melodie, miasto łapało ostatni oddech dnia i zasypiało. Wtedy nad swoją głową zaczynałam słyszeć miarowe uderzenia, stare ściany delikatnie drżały, w rytm bicia wielkiego serca. Serce biło szybko, ale równomiernie, jakby przez cały dzień nie wydawało z siebie dźwięku, przestraszone, że ktoś może je usłyszeć. Wybijało swój dzienny rytm i usypiało, aż do następnego dnia i tej samej godziny.

Wtedy i tam nie rozumiałam, że największym szczęściem zimowych wieczorów było to, że kiedy wracałam do domu okna pokoju rozświetlały mrok. Wtedy widziałam, że jesteś. Kiedy na mnie czekałaś otwierałam drzwi bez lęku przed samotnością.

I o ile łatwiej o „najpierw seks, potem wyjdź”, to przecież czasem chodzi również o odrobinę czułości. I o „zostań”. Zostań, zrobię ci śniadanie. Zostań, zjedz ze mną obiad. Zostań, chodźmy wieczorem na spacer. Zostań, bo już późno. Zostań już na zawsze, przecież mówiłeś, że jestem taka wyjątkowa, cudowna, rzucałeś się na mnie jak dzikie zwierzę, wpijałeś się w moje usta, aż traciłam oddech, nosiłeś mnie na rękach, otwierałeś przede mną drzwi. Ja otworzyłam przed tobą serce, dałam ci całą siebie, na przekór przeciwnościom i zdrowemu rozsądkowi pozwoliłam ci zostać, zrobiłam ci śniadanie, zaprosiłam na obiad, poszliśmy razem na spacer trzymając się za ręce. Spytałeś czy możesz, ja powiedziałam: „jak chcesz”, a skoro chciałeś, ty chciałeś mnie wziąć za rękę i iść ze mną przez miasto i przez życie, czemu tak nagle zmieniłeś zdanie i zacząłeś unikać mojego wzroku, mojej obecności, mnie. Chciałam tylko, żebyś został. 

Notatka na marginesie

Ona słucha techno

Pamiętam, jak w liceum spotkałam się z chłopakiem z klasy wyżej, który bardzo mi się podobał. Właściwie to nie wiem dlaczego i co mnie wtedy w nim tak pociągało – może od zawsze miałam skłonność do zatapiania się w ciemnych oczach i chciałam, żeby takie oczy na mnie patrzyły. Zaprosił mnie na spacer. W tamtych latach, małe miasteczko – widzę naszą wędrówkę w wyblakłych kolorach, jak na spłowiałej widokówce. Dziesięć lat temu, małe miasteczko, nasza randka, podczas której żadnemu z nas nie przyszło do głowy nawet złapać się za ręce – dopiero co odkryłam, co to pocałunek. Pamiętam do dziś to miejsce, w którym zadał mi to pytanie, a ja strwożona, bałam się na nie odpowiedzieć. Tyle wzdychań, bezsennych nocy pełnych marzeń, spojrzenia rzucane ukradkiem na korytarzu, a wiedziałam, że w tym momencie wszystko zaprzepaszczę i nic z tego nie będzie. Wiedziałam. Zapytał bowiem:
-Jakiej muzyki słuchasz?
A ja, nie mogąc ze strachu oddychać zamarłam na moment, na tę krótką chwilę, bo wiedziałam, że te ciemne oczy nie mogą patrzeć na te same melodie, nie widzą, pochłonięte mrokiem. Wykorzystał tę szansę, nie dał nam nadziei na wspólną przyszłość, jedną odpowiedzią, którą znał zaprzepaścił całe moje nastoletnie życie.
-Pewnie hip hopu… – dokończył.
I moje „tak” nie było tym „tak”, które chciałam wypowiedzieć, nie w tym miejscu i czasie, a do kościoła mieliśmy kilka kroków, na sennym deptaku w małym miasteczku. Do dzisiaj przez tę jedną nieudaną randkę słucham ciężkiego grania, by w życiu było mi już tylko lżej.
***
I kiedy kilka lat później zatopiłam się znów w czyichś oczach, choć – to dziwne – pamiętam tamten moment sprzed dziesięciu lat, a nie pamiętam w jakich oczach utonęłam raptem rok temu, więc kiedy utonęłam w tych oczach spytałam:
-Jakiej muzyki słuchasz?
I już wiedziałam. W moim pytaniu była rozpacz, by nie usłyszeć tej odpowiedzi.

Słuchał hip hopu.

„Bumcy, bumcy, bumcy para bumcy…”