Notatka na marginesie

Psie lata

Na tym zdjęciu mam 16 lat. Jest wrzesień, właśnie skończyłam swoje ostatnie prawdziwe wakacje. Od przyszłego roku każde będę spędzać w pracy. Za całą wypłatę, 1100 zł, kupię aparat. Kilka lat później stać mnie na lepszy obiektyw, robię więc zdjęcia psu, żeby nauczyć się jego obsługi. Pies patrzy na mnie z politowaniem, kiedy ciągle wołam go, żeby się odwrócił – nie lubił zdjęć, nie chciał odwracać pyska.

Jest rok 2005, zaczynam liceum, przygarniam psią znajdę, która ktoś znalazł w piaskownicy i litościwie przyniósł do lecznicy. Weterynarz dzwonił na numer stacjonarny, wtedy jeszcze mało kto miał komórkę, odebrała mama i dowiedziała się, że w domu pojawi się nowy członek rodziny. Niosłam trzęsącą się, zapchloną kulkę przez całe miasto, szczęśliwa jak nigdy w życiu. Tata zrobił nam zdjęcie kodakiem na kliszę. Z czasem zdjęciami zapełnimy cały album: jak mały wchodził na półkę, jak opadało mu raz jedno, raz drugie ucho, jak na moich osiemnastych urodzinach siedział z nami przy stole, jak gryzł ogromną kość albo wchodził mojej mamie na głowę.

Na zdjęciu mam białe od słońca włosy. Z czasem jego pysk bielał, choć jeszcze nie był taki stary. Patrzyłam w jego mądre oczy i wiedziałam, że chce mi coś powiedzieć, gdyby tylko mógł to powiedziałby mi, jak bardzo cierpi. Nie mogłam mu pomóc.

Dziś światowy dzień zwierząt. Wczoraj odszedł mój przyjaciel. Był najmądrzejszym psem na świecie. Mam nadzieję, że szczęśliwie spędził swoje pieskie lata.

Reklamy

28

Mężczyzna w sklepie z jeansami na przeciwko wyglądał zupełnie jak ty. Przez chwilę spoglądałam na niemy teatr, który odgrywał się po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna trzymał w rękach spodnie i coś mówił do jednej z kobiet – jedna stała obok niego, druga na przeciwko. Twarz mężczyzny zakryta była przed odblask świateł odbijających się w sklepowej wystawie. Sądząc jednak po twarzy kobiety nie mogłeś to być ty – wyglądała na starszą. Kiedy wróciłam po chwili nikogo już nie było, zupełnie jakby aktorzy nieświadomi swojego istnienia, a właściwie istniejący tylko na ten jeden moment rozpłynęli się w nicości. Spoglądałam obojętnie na ciebie, na nich, na pustą witrynę. Jak na zdjęcie, które przestało już dawno być aktualne.

Umarłeś w moich snach tyle razy, że niedługo zacznę wierzyć w to, że zgodnie ze swoją wolą będziesz żył wiecznie. Śmierć jest czasem wybawieniem, bo wiesz przynajmniej na czym stoisz – jeśli ktoś odchodzi wciąż masz nadzieję, że wróci; kiedy umiera wiesz, że nie wróci już nigdy, choć w pewien sposób zawsze będzie obok ciebie. Ot, paradoks. Wolałabym, żebyś umarł, żebym mogła przestać myśleć, ale nie, nawet w moim śnie ratuję ci życie narażając własne.

Wtedy biło serce, a my się kłóciliśmy, teraz znów bije moje serce, a oni się kłócą, sceny z życia małżeńskiego, codziennie o 23:00, tylko na kanale „cienkie ściany nowego bloku”. Wtedy i tam była taka godzina, kiedy stara kamienica zasypiała, pod oknami robiło się cicho. Uczniowie odrabiali lekcje, a turyści wolno spijali piwo, odpoczywając po zimnych i wilgotnych spacerach. Dzwony kościołów wybijały swoje melodie, miasto łapało ostatni oddech dnia i zasypiało. Wtedy nad swoją głową zaczynałam słyszeć miarowe uderzenia, stare ściany delikatnie drżały, w rytm bicia wielkiego serca. Serce biło szybko, ale równomiernie, jakby przez cały dzień nie wydawało z siebie dźwięku, przestraszone, że ktoś może je usłyszeć. Wybijało swój dzienny rytm i usypiało, aż do następnego dnia i tej samej godziny.

Wtedy i tam nie rozumiałam, że największym szczęściem zimowych wieczorów było to, że kiedy wracałam do domu okna pokoju rozświetlały mrok. Wtedy widziałam, że jesteś. Kiedy na mnie czekałaś otwierałam drzwi bez lęku przed samotnością.

I o ile łatwiej o „najpierw seks, potem wyjdź”, to przecież czasem chodzi również o odrobinę czułości. I o „zostań”. Zostań, zrobię ci śniadanie. Zostań, zjedz ze mną obiad. Zostań, chodźmy wieczorem na spacer. Zostań, bo już późno. Zostań już na zawsze, przecież mówiłeś, że jestem taka wyjątkowa, cudowna, rzucałeś się na mnie jak dzikie zwierzę, wpijałeś się w moje usta, aż traciłam oddech, nosiłeś mnie na rękach, otwierałeś przede mną drzwi. Ja otworzyłam przed tobą serce, dałam ci całą siebie, na przekór przeciwnościom i zdrowemu rozsądkowi pozwoliłam ci zostać, zrobiłam ci śniadanie, zaprosiłam na obiad, poszliśmy razem na spacer trzymając się za ręce. Spytałeś czy możesz, ja powiedziałam: „jak chcesz”, a skoro chciałeś, ty chciałeś mnie wziąć za rękę i iść ze mną przez miasto i przez życie, czemu tak nagle zmieniłeś zdanie i zacząłeś unikać mojego wzroku, mojej obecności, mnie. Chciałam tylko, żebyś został. 

Notatka na marginesie

Ona słucha techno

Pamiętam, jak w liceum spotkałam się z chłopakiem z klasy wyżej, który bardzo mi się podobał. Właściwie to nie wiem dlaczego i co mnie wtedy w nim tak pociągało – może od zawsze miałam skłonność do zatapiania się w ciemnych oczach i chciałam, żeby takie oczy na mnie patrzyły. Zaprosił mnie na spacer. W tamtych latach, małe miasteczko – widzę naszą wędrówkę w wyblakłych kolorach, jak na spłowiałej widokówce. Dziesięć lat temu, małe miasteczko, nasza randka, podczas której żadnemu z nas nie przyszło do głowy nawet złapać się za ręce – dopiero co odkryłam, co to pocałunek. Pamiętam do dziś to miejsce, w którym zadał mi to pytanie, a ja strwożona, bałam się na nie odpowiedzieć. Tyle wzdychań, bezsennych nocy pełnych marzeń, spojrzenia rzucane ukradkiem na korytarzu, a wiedziałam, że w tym momencie wszystko zaprzepaszczę i nic z tego nie będzie. Wiedziałam. Zapytał bowiem:
-Jakiej muzyki słuchasz?
A ja, nie mogąc ze strachu oddychać zamarłam na moment, na tę krótką chwilę, bo wiedziałam, że te ciemne oczy nie mogą patrzeć na te same melodie, nie widzą, pochłonięte mrokiem. Wykorzystał tę szansę, nie dał nam nadziei na wspólną przyszłość, jedną odpowiedzią, którą znał zaprzepaścił całe moje nastoletnie życie.
-Pewnie hip hopu… – dokończył.
I moje „tak” nie było tym „tak”, które chciałam wypowiedzieć, nie w tym miejscu i czasie, a do kościoła mieliśmy kilka kroków, na sennym deptaku w małym miasteczku. Do dzisiaj przez tę jedną nieudaną randkę słucham ciężkiego grania, by w życiu było mi już tylko lżej.
***
I kiedy kilka lat później zatopiłam się znów w czyichś oczach, choć – to dziwne – pamiętam tamten moment sprzed dziesięciu lat, a nie pamiętam w jakich oczach utonęłam raptem rok temu, więc kiedy utonęłam w tych oczach spytałam:
-Jakiej muzyki słuchasz?
I już wiedziałam. W moim pytaniu była rozpacz, by nie usłyszeć tej odpowiedzi.

Słuchał hip hopu.

„Bumcy, bumcy, bumcy para bumcy…”

Krótki film o zabijaniu miłości

Podobno nie wszyscy ludzie śnią w kolorze. Ja natomiast mam sny w 7D HD.

Pamiętam jak dziś ten sen, dokładnie miesiąc po śmierci babci. Stałam w jej mieszkaniu, między kuchnią a łazienką, pod nieistniejącym zegarem z kukułką. To dziwne, bo kilka lat mieszkałam w tym miejscu, a nawet nie wiem, kiedy zegar zniknął. W każdym razie nad swoją głową we śnie czuję obecność zegara. Odmierza czas.

Kiedy otwierają się drzwi wszystko jest rozmazane i niepewne. Dopiero kiedy siedzimy przy stole, który był tam od zawsze, pod starym żyrandolem, który był tam od zawsze, na krzesłach, które chyba przyszły trochę później, razem z tak samo obitym pluszem łóżkiem. W każdym razie ja trzymam za rękę mężczyznę – nie wiem kim on jest, widzę tylko jego dłoń, z obrączką na palcu. Może to A., podróżujący wtedy gdzieś po bezdrożach Bułgarii, byliśmy wtedy razem. Głaszczę jego dłoń.

Ją natomiast widzę jak żywą. Uśmiecha się tylko i choć nie porusza ustami słyszę, jak mówi. Pyta. „Czy to na pewno jest odpowiedni mężczyzna dla ciebie?”. Ja nie umiem odpowiedzieć. Waham się. Czas mija. Ona rozumie: boję się powiedzieć „nie”, przyznać się do błędu. Widzę po jej twarzy, że i tak zna odpowiedź, nie oczekuje jej. Mam tyle pytań „dlaczego?”. Dotykam jej twarzy. Jak żywa. Dalej się uśmiecha, choć jej ciało zmienia się w balonik, z którego schodzi powietrze. Tak to wygląda. Zapada się na krześle, zostaje tylko skóra. Pusta skorupa. Nie ma przecież nic strasznego w starych, porzuconych łupinach.

***

Kilka lat później postanawiam się z nim rozstać.

***

Po jej śmierci dziadek zaczął tak samo zapadać się w sobie, jak piłka bez powietrza. Robił się coraz mniejszy i lżejszy, tonął w ubraniach, widać już było tylko oczy, głęboko osadzone, ciemne oczy, prawie czarne. Zaglądałam w nie czasem, choć już coraz rzadziej na mnie spoglądały, a jeśli już to nic w nich nie było – spoglądała na mnie otchłań. Czasem jakiś błysk, iskierka, przeskakiwała pomiędzy brwiami, przypominał sobie dawno zapomniane wydarzenia.

-Ja mam wnuki.
-Tak, masz wnuki.

I znowu zapadał się w sobie.

To chyba właśnie prawdziwa, najprawdziwsza miłość, bo dziadek zawsze wszystko robił „źle”. W żartach nazywaliśmy babcię generałem, bo zawsze wszystko musiało być idealnie po jej myśli. Fukała pod nosem, tym swoim charakterystycznym „o, o!”, a on odgryzał się, że już bierze odkurzacz, żeby grządki na działce poodkurzać. Pamiętam jak dziś scenę: siedzimy w kuchni, jemy z dziadkiem babciną zupę. Niedawno przyniosłam im czajnik elektryczny, bo ten zwykły, na kuchenkę, był już mocno wysłużony i było prawie jak w wierszu Świetlickiego – woda gotowała się całą wieczność. I babcia opowiada:

-Wziął i nalał wody, idzie z tym czajnikiem no i jak się nie potknie i nie poleci jak długi! Zatrzymał się dopiero o tu, na ścianie. Myślałam, że już po nim!
-Po kim? – pytam. -Po dziadku czy po czajniku?
-Po czajniku! O nim to wcale nie myślałam.

Patrzyłam na nich i wiedziałam, że pomimo tego przekomarzania jedno nie potrafi żyć bez drugiego i że to właśnie jest miłość, bo jeśli nie to – to nie wiem, co nią jest.

Kiedy umierała na swojej kanapie drżącymi rękami próbował złapać jej ulatującą duszę. Wiedział, że ona jest jego powietrzem.

Kiedy jeszcze mógł chodził na spacery na cmentarz. Z czasem trudność zaczęły sprawiać spacery koło bloku. Snuł się po domu, nie wiedząc nawet, gdzie jest. Zatrzymał się przy zdjęciu babci.

-A ta pani to kto to jest?
-Twoja żona.
-To ja miałem żonę?

Flaczki

Wczoraj coś mnie podkusiło, żeby po pracy zamiast w lewo pójść w prawo do bankomatu. W portfelu ciężko zarobiona dniówka, jednak lepiej mieć drobne, bo głupio tak płacić za dwie bułki w sklepie stuzłotówką. Późno, na ulicy prawie nikogo, tylko grupka ludzi akurat na trasie do banku. Już chciałam zawrócić, gdy grupa niespodziewanie się rozdzieliła, tym samym nieco mnie dezorientując. Poszłam prosto na nich. Para, ona i on, trzymają się za ręce.

-Przepraszam Panią bardzo, czy ja mógłbym mieć uprzejmą prośbę?

Oho, pomyślałam. Chce pieniądze.

-Czy byłaby Pani tak uprzejma i kupiła nam coś do jedzenia? Mieszkamy na działce, mamy tam taki piecyk, takie flaczki w słoiku może, odgrzalibyśmy sobie, chleb i masło mamy, może coś do chleba, mleko jeszcze jak moglibyśmy prosić…

Nigdy nie daję pieniędzy ludziom proszącym na ulicy. Nigdy.

-Tu jest Żabka. Dobrze, kupię. Tylko nie wiem ile mam pieniędzy.

Mężczyzna wszedł za mną do sklepu. Nie czułam od niego alkoholu. Był zdezorientowany.

-Widzi Pani gdzieś wędlinę? Taką najtańszą byśmy chcieli… mleko sobie wezmę, dobrze? A takie słoiki, widzi Pani flaczki?

Podałam mu słoik flaczków. Tak, byłam trochę nieuprzejma. Bałam się. Sama w nocy, z pieniędzmi. Niby nie dużo, ale dla mnie dwieście złotych to jedzenie na cały miesiąc. Tak, jestem naiwna. Spotykałam takich, co to dasz im palec, a wezmą całą rękę. Albo będą narzekać, że najtańszej szynki to oni jeść nie będą, nawet jeśli umierają z głodu. Nieśmiało dał mi koszyk z zakupami i powiedział, że poczeka na zewnątrz.

-Co, pomagasz? – tyle razy wyskakiwałam z pracy na zakupy do tego sklepu, że zdążyłam zaprzyjaźnić się z kasjerką.

-Trzeba… może kiedyś mi się to zwróci.

Choć tak naprawdę nie robię tego „dla czegoś”. Robię to bezinteresownie. Może to źle, może powinnam czegoś w zamian wymagać. Daję się tylko wykorzystywać w imię wyższej idei, że karma wraca. Skoro jeszcze do mnie to dobro nie dotarło to musi być naprawdę olbrzymie i iść bardzo powoli. Może nigdy nie zdąży dojść. Trudno.

Bałam się, że już ich nie spotkam pod sklepem. Że sobie ze mnie zakpili, a ja zostanę z mlekiem i flaczkami. Czekają jednak w kącie. Widzę na twarzy kobiety absolutną wdzięczność. Taką radość, jakiej już większość ludzi nie posiada. Radość autentyczną z najprostszych rzeczy. Mężczyzna wylewnie mi dziękuję. Chwilę rozmawiamy. Chce mi się płakać.

I tak myślę, że przecież każdy może znaleźć się w takiej sytuacji. I że bogactwem nie jest to co posiadamy – ja podzieliłam się z nimi tak naprawdę jedzeniem dla mnie na kilka dni. To jest prawdziwe bogactwo, kiedy możesz komuś pomóc i wciąż nie martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy. Nie najnowszy ajfon, który za jakiś czas będzie gówno wart. Ostatnio sprzedałam starego laptopa – byłam zmuszona, bo ze starości rozpadał się w rękach, choć ciągle był sprawny technicznie. Kilka lat temu kupiłam go za duże pieniądze – jakieś 1600 zł. W tamtym czasie to był drogi i dobry sprzęt. Siedem lat później dostałam za niego 70 zł. Siedemdziesiąt złotych za działający, ale stary sprzęt.

Tyle jesteśmy warci ile możemy od siebie dać. Nie tylko pieniędzy, bo ta dwójka ludzi dała mi smutną i piękną lekcję. Mam nadzieję, że kiedyś dostaną od życia coś więcej niż słoik flaczków.